Grzegorz Robak

TUŁACZKA

Nogi drepczą ciemny lód,
Granic krajów nie ma wciąż…
Pełznie jawa szepcząc, „Dąż!”
Ciało moje topi chłód.
Niebo z ziemią zlało się
W jedność tę, co stworzył Bóg.
Wokół pusto, czeka wróg,
By w tej ciszy dopaść mnie.
Mierzę na głos kroków sznur,
Bym nie stracił mowy swej.
Nieś mnie, wietrze, w cele me,
Pomóż przebić złości mur.
W dali bliższej krzyczy ptak,
Myślą lecę z nim pod dom.
Czas oddalił sny pod toń,
Które od lat płyną wspak.
Światło dni w mych oczach śpi,
Rozrzedzając gęsty mrok;
Spływa z głów gór wprost na stok,
Jak krzyk ech w wąwozie brzmi.
Śladów rzeka za mną lśni,
Łącząc gniewy, smutki, ból;
W pustce jeden tylko król –
Niebo roni w ciemność łzy.
Śpij spokojnie, miła ma.
Depczę ciszę, cienie, czas;
Wkrótce przyjdę jeszcze raz,
By osłodę Tobie dać.

 

WĘDRÓWKA

Pamiętasz może tę ciemną noc,
Gdy las wraz z niebem się w jedność zlał?
Gdy śniegiem lśniły zakręty szos,
A księżyc nagi na niebie drżał?
Do domu szliśmy niepewni dróg,
A wokół gór i wąwozów sen…
Towarzyszyły nam ślady stóp
Zmęczone w nocy, a rześkie w dzień.
Szepnęłaś głośno, że lubisz gdy
Wprowadzam Ciebie w historie me.
Jak głos puszczyka, jak suche łzy
Przeleciał obok świetlisty cień.
Ten blask z oddali obrócił mnie,
Spojrzałem w przepaść minionych dni;
I w środku nocy nie krzyczę!…Nie!
Płomieniem wspomnień ten czas się tli.
Czekamy razem w gęstwinie drzew,
Szukając ciepła co siedzi w nas;
Nie czuję siły,gdyż płynie krew
I szybko topi ten śnieżny las.

 

TATRY

Lśnij wciąż, góroskłonie, lśnij,
Wąwóz tworzysz w chmurnym grodzie.
Niechaj wokół cisza, gdy
Chętnym ustom ślę osłodę.
Łąka w pocie, dolin jęk,
Kąty skalne – nieb sklepienie.
Kroczę prosto, silny sęk,
Chwile trudu w radość zmieniam.
Obłok platynowy grzmi
Nad mą głową. Błyszczy klejnot;
W Twoich oczach lustro dni,
Kiedy głód syciłaś ze mną.
Żyrandolu złota, pal!
Dymij ciepłem jak samowar.
Zmaż nam z lic zimowy żal,
Wyproś z duszy cień niewiary.
Pomarszczona, wieczna twarz
Patrzy na mnie dość znajomie;
W jej spojrzeniu dudni marsz –
Spływa skalny pot po skroni.
Odleciawszy, spada w śnie,
Już nie bacząc na me losy.
Szukam siebie, szukasz mnie,
Krzyk jak nóż tnie – ja bez głosu.
Niechaj cichy strumyk łez
Płynie nie, gdy żal Cię ściska.
Fatum nagły, krótki zez:
Tlenu brak i brak ogniska.
Spójrz więc w turkusową dal,
Gdzie na toni, w pianach chmurnych,
Po kapturach cichych fal,
Szlak mój ciągnie się do góry.

 

HERBATA

Chłodny ukrop topi zioła
Raz zebrane w pocie czoła.
Ich esencję cicho rodzi –
Wkrótce płomień w szklance wschodzi.
Księżyc z cytryn blaski mnoży,
Wraz z czerwienią pejzaż tworzy –
Bursztyn, złoto, miód, żywica –
Szybko grzeje moje lico.
Ludzie, szczyty, słońca, chmury,
Strugo wspomnień, płyń do góry!
Z nią kończyłem długie noce,
Z nią zrywałem dni owoce…
Dziś biesiada już ucichła –
Puste stoły, świece milkną…
Wiatry wyją, deszcz samotny
Pozostawia ślady błotne.
A MÓJ ślad jest tam w oddali,
Błądzi duch po ostrej grani…

 

CZEKOLADA

W rękach trzymam noc,
Połykam brunatne płomyki.
Słodycz – ciepły koc
Rozbudza. Do starych nawyków!
Montezuma pił
To cudo w postaci płynącej,
By nie stracił sił
Dla kobiet rozkoszy pragnących.
W górach ludzki cień,
Pomiędzy szczytami przepływa,
Wielbiąc nowy dzień,
Gdy słodycz z goryczą wygrywa.
Powiedz, jaki stan
Istnieje pomiędzy duszami?
Pełny ciszy dzban
Czy z tamy krzyk huczy strugami?
Wspomnij chwilę szczęść;
Niech słodycz ich uśmiech przywieje.
Zmaże strachów treść,
Odepchniesz w niepamięć złe dzieje.
Leci w górę dym –
Żarzący kościotrup, lśnią zgliszcza.
Kończę wreszcie rym –
Nadchodzi wiatr. Oddech. I cisza.